Zrzutowisko Armii Krajowej „Sokół” na górze Ćwilin

Mało kto zdaje sobie sprawę, że oprócz podań i legend ludowych związanych z pochodzeniem nazewnictwa jednego ze szczytów Beskidu Wyspowego – Ćwilina (1072 m n.p.m.), wiąże się pewna historia z okresu II wojny światowej. W czasie okupacji niemieckiej, na przełomie marca i kwietnia 1944 r., na terenie limanowszczyzny, żołnierze Armii Krajowej, oczekiwali na przygotowywany od dawna, zrzut broni, umundurowania i wyposażenia. Zrzut miał pochodzić z alianckich  maszyn, przelatujących nad Beskidem Wyspowym. Na obszarze Ziemi Limanowskiej, po zreorganizowaniu struktur wojskowych AK, pod koniec 1943 r. wyznaczono kilka zrzutowisk, czyli wcześniej ustalonych miejsc, w miarę bezpiecznych,  o wystarczającym obszarze, gwarantującym przyjęcie zrzutu. Na zrzutowiska, kierowani byli przez komendę Obwodu (odpowiednik obszaru powiatu), żołnierze kilku placówek AK (odpowiednik przedwojennej gminy). Podzieleni w kilku grupach podejmowali tzw. czuwanie w czasie wyznaczonych terminów, zazwyczaj kilku nocy przeznaczonych na zrzuty. Były to tzw. tercety księżycowe. O rozmiarach odbioru zrzutów świadczą choćby wspomnienia, żołnierzy z tamtego okresu. Aby odebrać zrzut, potrzebna była solidna logistyka i organizacja. Jak na warunki wiejskie, w trudnym terenie górzystym należało przygotować: grupę osób wcześniej przeszkolonych, odpowiedzialnych za sygnalizację świetlną z nadlatującym samolotem. Dalej, potrzebna była grupa kilkudziesięciu mężczyzn, którzy w bezpośredniej gotowości oczekiwali na odbiór opadających, ciężkich zasobników i paczek z odzieżą, butami (często w czasie zrzutu znosił je wiatr od kilkuset metrów do kilku kilometrów!). W odwodzie, w kilku pierścieniach, w promieniu od 1 do 2 km znajdowały się patrole z bronią, które czuwały nad bezpieczeństwem akcji, aby nikt nie proszony nie dostał się na miejsce zrzutowiska. Ostatnia rzecz, to organizacja transportu w postaci kilkunastu furmanek do przewozu zrzuconych materiałów. Wbrew pozorom, organizacja każdej akcji „kosz”, kosztowała kilka tygodni mozolnych przygotowań. Wszystko odbywało się w głębokiej konspiracji. Jedną z pierwszych placówek zrzutowych na Ziemi Limanowskiej były polany między Koniną i Mszaną Górną, na osiedlu Krzysztofy – kryptonim zrzutowiska: „Sroka 1”. Niestety odbiór zrzutów w bliskim sąsiedztwie Gorców uniemożliwiły trudne warunki atmosferyczne w grudniu 1943 r.  Drugim miejscem zrzutowym miały być gorczańskie hale w pobliżu góry Kudłoń (1276 m n.p.m.) w Gorcach. Nieudane operacje spowodowały wybór kolejnego pola zrzutowego na północ. Według danych alianckich miało być, zrzutowisko o kryptonimie „Sokół”.

Partyzanckie ślady na Ćwilinie

Zrzutowisko „Sokół” było umiejscowione, prawdopodobnie na polanie Michurowej na szczycie Ćwilina. Wg. danych mogło przyjąć zrzut, maksymalnie z dwóch maszyn, czyli około 24 metalowych zasobników i 24 paczek. Żołnierze placówek AK: „Trzos” Tymbark, ”Dwór” Dobra, „Kuźnia” Kamienica – Słopnice oraz Oddział Partyzancki AK „Wilk” czuwali na Ćwilinie w dniach: 9-12, 17 marca oraz 4-7 i 12-15 kwietnia 1944 r. Zrzutowisko pełniło rolę zapasową. To znaczy, że za każdym razem, samolot lecący z włoskiej bazy w Brindisi, kierował się na placówkę położoną zazwyczaj na obszarze centralnej Polski. Ćwilin zaś stanowił jedną z górskich alternatyw, gdyby docelowa placówka nie była w stanie przyjąć zrzutu. Np. ze względu na złe warunki pogodowe bądź zagrożenie. Tak relacjonował przygotowania do zrzutu, ówczesny komendant limanowskiego Obwodu AK, kpt. Julian Krzewicki „Filip”: […]Następne zrzuty miały się odbywać na szczycie góry Ćwilin nad Dobrą. W Dobrej kwaterowały oddziały niemieckie, stąd trzeba było zachować dużą ostrożność. Cały dzień żołnierze siedzieli w świetlicy w Jurkowie, i dopiero w nocy maszerowali na Ćwilin. Trzykrotnie chodziliśmy na szczyt, bezskutecznie. Raz, tuż przed zrzutem, wystąpiła niezwykle gęsta mgła – tak, że tylko mogliśmy usłyszeć lecący nad nami samolot[…]. Wyjście na zrzuty opisał w swoich relacjach ppor. Julian Dutka „Krzemień”, „Jaworz”, który nabawił się zapalenia płuc w czasie kilkudniowej aktywności na Ćwilinie. […]Wyprawę na Ćwilin w ciężkich warunkach zimowych i ogromnych opadach śniegu, przypłaciłem ostrym zapaleniem płuc[…]. Rekonwalescencję przechodził w szpitaliku „Zielonego Krzyża” prowadzonego przez Genowefę Kroczek „Lotte” na osiedlu „u Tomery” w Wilczycach, w domu Jana Węglarza.  Wydawało się, że oczekiwania żołnierzy zostaną wkrótce nagrodzone, a szczęście dopisze. […]W nocy z 14/15 kwietnia 1944 r., po północy, nad placówką pojawił się samolot Halifax HR-671 „R”, załadowany 9 zasobnikami i 12 paczkami, pilotowany przez Australijczyka F/S Blattmana. Pierwotnym celem pilota była placówka w rejonie Wiślicy, ale z racji braku sygnału rozpoznawczego, pilot udał się na zapasowe zrzutowisko „Sokół”[Ćwilin- przyp. P.B.]. Tam również nie zauważył sygnałów świetlnych. Do kwietniowego zrzutu nie doszło[…].                                                                 

Kilku żołnierzy biorących udział w koncentracjach zrzutowych pozostawiło relacje na temat przygotowań i przebiegu całej akcji. Tadeusz Czech „Wicek” we swoich wspomnieniach pisał: […]Ppor. Zagoszcz poprowadził nas na Ćwilin. Przechodząc przez Jurków odłączyliśmy się z „Hansem” na chwilę od patrolu by wstąpić do sklepu i kupić coś do jedzenia. Było już dobrze po południu, a my jedliśmy ostatnim razem rano – na obiad nie zanosiło się […] Na drodze – szosie nie było śniegu, na polach leżał jeszcze. Im było wyżej tym było więcej śniegu. Początkowo szło się nieźle. Śnieg był zleżały, twardy. Ale jak przed nami przeszło stu ludzi, a za nami drugie tyle, to zamarznięty śnieg skruszony, zmielony butami zrobił się sypki jak piasek. Noga wpadała po kolano[…]. Na szczycie znajdowało się kilka szałasów pasterskich, które miały czasowo służyć jako tymczasowe schronienie dla obstawy oczekującej na zrzut w której był m.in. Tadeusz Czech „Wicek”. […]Weszli na szczyt już po ciemku. Na zasypanych śniegiem polanie stały bacówki. Tu miał odbyć się zrzut materiałów wojennych z baz amerykańskich w Brindisi. Czekając na lot samolotu siedzieliśmy w jednej z bacówek, do której miano znosić zasobniki. Nasz patrol miał stanowić ochronę zebranych ze zrzutu materiałów[] Noc była zimna – mróz… Z nudów śpiewaliśmy pieśni ludowe[] Siedzieli tu i przychodzili ludzie z różnych placówek […] Wszyscy na stanowiska! – podano rozkaz.[…] Tu na polanie rozłożyli się chłopcy z latarkami ułożonymi wg stron świata, wg kierunku wiatru. Ale cóż to? – zaczęła napływać mgła […] Tymczasem nasze wyczulone uszy uderzył dźwięk, daleki, cichy. Dudniały motory. To nadciągały samoloty(…)Krążyły nad nami a my przeklinaliśmy mgłę[…]. Dlaczego Ćwilin? Piloci latali z wyłączeniem wszelkich przyrządów nawigacyjnych, które mogły ich narazić na ostrzał artyleryjski wroga lub towarzystwo, niemieckich nocnych myśliwców. Samoloty zazwyczaj pokonując Tatry kierowane były na Gorce i dalej nad Beskidem Wyspowym w kierunku koryta Wisły. Stąd Ćwilin, „leżał” na trasie przelotu. Kierownictwo AK wyciągnęło wnioski z nieudanych akcji. Kolejne operacje zrzutowe latem, były przygotowane na długich, podszczytowych halach, w rejonie Słopnic i Mogielicy (1171 m n.p.m.).

Źródła:

K. Bieniecki, Lotnicze wsparcie Armii Krajowej, Kraków 2005, s.139.

T. L. Czech „Wicek” Wspomnienia, mps.,  „Tym groźniejszy, że zdecydowany zginąć”, Stary Sącz 1989r. s. 115;

J. Dutka „Krzemień”, „Jaworz”, mps. ze zbiorów autora;

J. Krzewicki, W służbie ojczyzny – wspomnienia komendanta.,[w:] Okruchy wspomnień z lat walki i martyrologii AK, Kraków 1997, nr 23, s. 35;

Przewiń do góry